Yes, sir. I can boogie.


[powrót]



2006-01-04 13:42:14 >>

Yes, sir. I can boogie.



Czy wiesz co każde moje słowo znaczy?
Jeśli nie to krzycz- postaram się wytłumaczyć

[Farben Lehre]


Tak, ze spokojem wysłuchuję opowieści o londyńskich studentach i oglądam filmy, gdzie młodzi ludzie poruszają się po zabytkowych, przypominających zamki uniwersytetach. Za bardzo się od nich nie różnię. Mój autobus przejeżdża przez większość miejsc docelowych dla szkolnych wycieczek i turystycznych eskapad. Brakuje tylko przewodnika z mikrofonem przy kabinie kierowcy. Przez rozmyte i zazwyczaj brudne okna podglądam, jak tłoczą się przy pomniku Piłsudzkiego lub Chopina, jak fotografują Łazienki. Wszyscy z kolorowymi mapkami w rękach i zamarzniętym uśmiechem na ustach. Aby wtopić się w tło powinnam kupić apaszkę w pastelowym kolorze i owinąć ją sobie nonszalancko wokół szyi. Przydałoby się też coś na odstraszenie gadatliwych dziadków kłębiących się stadami na przystankach i w autobusach. Nie zadowolą się patrzeniem w przestrzeń, bo zawsze mają coś do powiedzenia. Głos płynie, a ich usta automatycznie otwierają się roztaczając wokół nieprzyjemną woń tytoniu i ostatniego posiłku. Chcą wiedzieć wszystko o moim starym telefonie, zadają pytania o brak nakrycia głowy, straszą grypą i opowiadają historie swojej młodości, kiedy to nie istniała technika, a życie było prostsze. Mogę nostalgicznie przytakiwać nic nie mówiąc, odwrócić się do okna i wzruszyć ramionami, ale rozumieją aluzję tylko wtedy, gdy wkładam do uszu słuchawki i naciskam play na odtwarzaczu. Nieskończona cierpliwość po prostu nie istnieje.

I tak mija czas. Więcej: minął rok. Ja to nadal ja, chociaż trochę inna, niemalże z miesiąca na miesiąc. Chciałabym napisać, że ostatnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni to wcielenie spokoju i radości, ale to nie byłaby prawda. Mimo to pewne sytuacje uodporniły mnie i zmobilizowały. Aha, jak zwykle zero postanowień zapewni mi zero rozczarowań.
A jeśli sposób spędzania sylwestra jest odwzorowaniem zbliżającego się roku, to z optymizmem patrzę w przyszłość. Zdecydowanie będzie przyjemna i owocna. W tę noc nie przeszkadza mi nawet obfity prysznic z szampana i bolące od przekrzykiwania muzyki gardło.

Czas na odrobinę kultury. Pośród dziesiątek super inteligentnych [czyli takich, w których jedno zdanie trzeba przeczytać kilka razy, by zrozumie jego sens] książek wymaganych na studiach i czytanych przeze mnie w ciągu ostatnich trzech miesięcy znalazłam czas na taką, którą przeczytałam nie z przymusu, ale z nieukrywaną ciekawością i radością, bo jej zdobycie do najłatwiejszych czynności nie należy. William S. Burrougs jest na tyle specyficzny i w pewnych kręgach kultowy, że stanowi niemałą inspirację. Wytrwale poluję jeszcze na Charlesa Bukowskiego, mam nadzieję, że się uda. Na koniec dodam, że zdecydowanie i głośno sprzeciwiam się etykietce ‘prozy męskiej’, bo coś takiego nie istnieje i nazwa jest gówno warta. A jeśli taki Burrougs tworzył książki tego gatunku, to jestem dziwną dziewczynką. Bo mi się podobają.

skomentuj (9)