
[powrót] |
2006-03-19 15:35:31 >> Halfway up the Hindu KushJak żyć- spytał mnie w liście ktoś, kogo ja zamierzałam spytać o to samo. [W. Szymborska] Praca domowa z KJP sprawiła, że zmuszona byłam uzbroić się w najgorsze istniejące na rynku prasowym gazety w poszukiwaniu błędów gramatycznych i fleksyjnych. Ostatni weekend totalnie wypaczył mi więc mózg, gdyż w dużej mierze upłynął na czytaniu Super expressu, Faktu i Twojego Imperium. Zastanawiam się skąd biorą się tacy dziennikarze. Z przypadku? Spełniając wymogi Uniwersytetu zapisałam się na WF, a dokładnie na zajęcia z areobiku. Raz w tygodniu więc wymachuję rękami i nogami do kiczowatej muzyki próbując jednocześnie nadążyć za młodym trenerem w dresiku. Właściwie są to bardziej ćwiczenia mięśni brzucha, które pracują, gdy z Martą K. zwijam się ze śmiechu. Inaczej było jednak pewnego feralnego dnia, który spokojnie można nazwać zastępstwem z panią Hitler. Nigdy w życiu nie widziałam, aby ktoś ćwiczył równie intensywnie przez niemalże półtorej godziny drąc się jednocześnie na wszystkich wokół przez mikrofon. I nigdy w życiu nikt mnie tak nie zmaltretował. Plan już ustalony: w przypadku następnego zastępstwa jak najprędzej wiejemy do domu. Bez przerwy gdzieś gonię, rzadko bywam w domu, ale za to dobrze się bawię i nie mam prawa narzekać na samotność. Miło jest mieć wokół tylu ludzi, przy których nie istnieje słowo nuda, z którymi można pogadać o wszystkim i o niczym. Zawsze to doceniałam. Lubię obserwować ludzi. Tak po prostu patrzeć, jak stoją na przystanku nerwowo paląc papierosa, jak rozmawiają przez telefon, poprawiają szalik. Lubię patrzeć jak wyglądają, porównywać, zgadywać ich wiek. Wszyscy tacy różni, a jednak identyczni. Każdy szary, a mimo to próbujący się wyróżniać. Wysokimi obcasami, kolorową torbą, dużymi okularami przeciwsłonecznymi w pochmurny dzień. Wtedy dochodzę do wniosku, że w dzisiejszych czasach być zwyczajnym to niemała oryginalność. skomentuj (9) |